Wczoraj (23 stycznia 2024) w Ustrzykach Dolnych zulowcy i drzewiarze wyszli na ulice w związku z decyzją ministry klimatu i środowiska o ograniczeniu wycinek na 100 000 hektarów lasów. Spotkał się z nimi wiceminister klimatu i środowiska Mikołaj Dorożała.
- Jesteśmy pozbawieni pracy, kredyty są, zobowiązania są, zusy trzeba płacić, dzieci trzeba wyposażyć. Ludzie z miasta, którzy w lesie są dwa dni z dojazem w roku, decydują o tym, co my mamy robić - mówił Marek Bajda, przedstawiciel protestujących, były nadleśniczy, dziś samorządowiec.
- Powszechnie wiadomo, że dziś lesistość na tych terenach sięga 80 proc., a wyjściowa, w okresie międzywojennym, to było kilkadziesiąt procent mniej. Tam, gdzie zaczęto pracę hodowlaną, przebudowę, wprowadzanie gatunków docelowych właściwych dla tych siedlisk. Ma to być przerwane? I znowu będzie taki las trupów. Oglądałem ten las trupów w Puszczy Białowieskiej i to kilkakrotnie. [...] Zmarnowana praca ludzka, zmarnowany surowiec, bo jednak to jest ogromna wartość. I takie skłócanie leśników, zulowców, przetwórców drewna, to jest kierunek na ochronę przyrody, a gdzie jest ochrona człowieka? [...] Politycy nad naszymi głowami decydują jak wyludnić Bieszczady. Bo kto tu zostanie? - mówił Bajda.
- W każdej Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych będzie koordynator, który ma za zadanie, to będzie jego robota, żeby ta komunikacja przepływała płynnie. Po drugie, są środki finansowe między innymi z tego słynnego Funduszu Leśnego, z którego często pieniądze szły na rzeczy, na które absolutnie nie powinny iść. Są możliwości, to pokazuje przykład na północy Polski z 2017, 2018 roku, te pieniądze mogą być przekierowane na specjalne sytuacje, tak jak tam kiedy były te tornada. Jeśli ktokolwiek z Państwa z jakiegoś powodu nie będzie mógł wykonywać tych usług, które robi teraz, to te pieniądze, dodatki, dopłaty, będą, bo te pieniądze są. I to jest kolejne polecenie pani minister klimatu i środowiska, które przekazuje do Dyrekcji Generalnej Lasów Państwowych, i dyrekcja ma to ustawić w ten sposób, żeby te pieniądze były - mówił do protestujących na ulicy wiceminister Klimatu i Środowiska Mikołaj Dorożała.
Mikołaj Dorożała pisze na facebooku, po rozmowach z zulami w Birczy i Ustrzykach Dolnych, że umowy zostaną dotrzymane. Wspomina o przesunięciu prac zuli dotkniętych ograniczeniami na inne obszary. Ale protestujący nie wydają się zadowoleni z obietnic.
- Rozmowy nie były zbyt owocne, Pan Romowicz i Dorożała byli całkowicie nie przygotowani. Postulowaliśmy o wznowienie prac i wprowadzanie ograniczeń konsultując je z PUL. Nie zgadzamy się na rekompensaty i pieniądze za coś, czego nie zrobiliśmy, chcemy normalnej pracy. Czekamy do 3 dni na ruch z ich strony, chcemy negocjować na naszych warunkach czyli po dwóch reprezentantów na każde nadleśnictwo z Podkarpacia. Pan Dorożała chciał trzech na całe Podkarpacie, za co stanowczo mu podziękowano - wypowiadał się jeden z zulowców.
- W tej chwili pracujemy, ale jak to się mówi, na pół gwizdka. To jest cząstka tego co było. A ludziom trzeba ZUSy płacić, opłaty, podatki, to wszystko jest dalej - mówił inny zulowiec w TVP3.
- Mnie to jeszcze bezpośrednio nie dotknęło, ale to nie znaczy że mam się z tego powodu cieszyć, ponieważ inni koledzy są w sytuacji beznadziejnej. Nikt nigdy nikogo, jeszcze nie słyszałem, żeby z dnia na dzień zwolnił bez żadnej odprawy, bez żadnej rozmowy, a tutaj to tak wygląda. Ludzie mają umowę podpisaną ze Skarbem Państwa, a Skarb Państwa co robi? - dodaje inny zulowiec, uczestnik protestu.
W poście na facebooku Dorożała wspomina też o tym, że las nie ma partyjnej przynależności, a drewno nie ma służyć chińskim gigantom tylko polskiej gospodarce.

Fot.: facebook
Źródło: własne, TVP3
Opracowanie: redakcja